- Ej, Boże! żeby się pokazało, co ja myślę! -zawołała Basia rumieniąc się z radości

Myśl ta gryzła go niepomału, a że i karabon trząsł przy tym okrutnie, więc stary szlachcic wpadł w jak najgorszy humor i nie szczędził sam sobie wyrzutów. - Przejdźmy do bawialni - rzekł wreszcie stolnik. Natomiast pan Zagłoba bawił panią stolnikową, prawiąc jej o czynach pana Michałowych i własnych. Cudze pole Bóg jeden wiedział, ile było zaparcia się siebie w tym życzeniu, jakie Wołodyjowskiemu wypowiedziała, by Bóg odmienił Krzysine serce - i za to spotykało ją niesłuszne posądzenie, szyderstwo, obelga w chwili właśnie, w której byłaby oddała krew, by pocieszyć niewdzięcznika. Ja cię zawsze będę miłował, choćbyś mnie zgoła znać nie chciał... Że zaś obok tego zawiązała się między nimi wielka przyjaźń, że poza miłością jeszcze się lubili niezmiernie, a o samej miłości nic dotąd sobie nie rzekli, przeto czas im schodził jak sen i pogoda była nad nimi. Ale Wołodyjowski już ochłonął, więc odrzekł nieco surowo: - Może też i znajdzie czym się bronić lepiej od waćpanny. - Bo waćpan nie imainujesz sobie nawet, jak ja tę pannę miłuję.

- Ha! - rzekła Basia - chciałabym zawrzeć pobratymstwo z samym chanem i wszystkich jeńców uwolnić. - Pochwalone imię Pańskie! A tu u nas wojska ledwie garść. Owóż, lubo pan Kmicic fortunę ma zacną, przecie mucha to w porównaniu do waszej książęcej, więc na dzielenie pan Kmicic nie przystanie; mnożeniem sam się zajmuje; odjąć obie niczego nie pozwoli; mógłby chyba coś dodać, a nie wiem, czybyś sza książęca mość był na to łakomy. - Jego to dzieło szczęście nasze! - Szczęść wam Boże! - rzekł stolnik. Dzikie serce - Idźcie sami - ozwał się pan Zagłoba - młodziście i macie dobre nogi, a jam się już dosyć nadreptał. Azję porwałem, z nim łupy znamienite. Pan hetman gotów im przebaczyć i przebaczenie Rzeczypospolitej na się bierze. Byłaby to uczyniła chyba dlatego, by prosić o zmiłowanie nad ostatkami ordyńców.

- Już to dla mnie uczyńcie... - Otóż to, tego byłam pewna! Szczerali tam już w Chreptiowie pustynia? Bo to tak niedaleko! - Że i szczersza być nie może. U stóp tej ściany, wysokiej na kilkadziesiąt łokci, rosły dość gęsto wąskim pasem chaszcze, dalej zaś ciągnął się step niski, równy, którego z tej wysokości ogromną przestrzeń mogli objąć oczyma. Ot! w czym rzecz! Na to Ketling: - Nie słodko mi, ale gorzko w gębie od tej strawy, którą się karmię. Nagle rozległ się żałośny jęk cięciwy, niby świegot jaskółki, i strzała wybiegłszy znikła pod stadem. Jan Grzegorczyk - Co acaństwo o tym liście mówicie? - Zdrada jawna; tu nie ma nad czym deliberować - rzekł pan Muszalski. - Nie powiem więcej ni słowa! - rzekł Zagłoba - daj mnie tylko parol kawalerski, że co bądź się z Ketlingiem pokaże, przez miesiąc zostaniesz z nami. Jako żywa stanęła mu nagle w myśli i pamięci jej postać, jej twarz malutka, jej ciemne warkocze, jej wesołość i szczebiotanie, i sposób patrzenia.

Inni dwaj również pewni. „Kwiatuszku najdroższy! - pomyślał sobie w duszy - czego się boisz? Toż ja bym życie i krew oddał za ciebie...” Ale nie powiedział tego głośno, tylko swoje spiczaste wąsiki przyciskał tak długo i silnie do jej rąk atłasowych, że aż ślady czerwone na nich zostawił. Dlatego to będę ci przy boku. kaczym śrutem... Waldemar Łysiak - Effendi - odrzekł posłaniec. Jeno czy waćpani jesteś pewna, że on i z Krzysią nic nie mówił? - Mocny Boże! Krzysia panią swej woli, bo mój mąż, jako opiekun, tak jej powiedział: „Byle człek był godny i krwi zacnej, możesz i na substancję nie zważać.” Gdyby Michał był z nią przed wyjazdem mówił, to by mu odpowiedziała: tak! albo: nie! - i wiedziałby, czego się spodziewać. - Gospodę mam gotową - przerwał pan Michał - i tak zacną, że senatorski dwór mógłby w niej stanąć. I ponętom samym byłby się obronił, lecz jednocześnie sumienie mówiło mu: źle postąpisz, jeśli jej odjedziesz i zacną pannę, którą do winy przywiodłeś, we wstydzie zostawisz Tak wahało się serce rycerza na obie strony w niepewności, zmartwieniu, męce.

Napijże się, Michale, abyś miał siłę wszystko przenieść, boś zmizerowany bardzo. Ale czy godziło się odjeżdżać i słowa Krzysi nie rzec, i zostawić ją tak, jak się pierwszą lepszą dziewkę pokojową zostawia, której się całusa ukradnie? Wzdrygało się na tę myśl waleczne serce małego rycerza. Nikt lepiej nad ciebie wszystkich sposobów nie zna, bo jako słyszę, krewnych jużeś wykupywał. Urzekająca Pan Nowowiejski, stukając ostrogą o ostrogę, czuprynę palcami nastroszał i coraz ogniściej na Basię spoglądał. - Panie Snitko - ozwał się Zagłoba - com mówił, kiedym Mellechowicza obaczył? Czym waćpanu nie powiedział, że renegat i zdrajca oczyma tego człowieka patrzy? Ha! dość mi na niego było spojrzeć! Wszystkich mógł oszukać, ale nie mnie! Powtórz waść moje słowa, panie Snitko, nic nie zmieniaj. Pani stolnikowa zgromiła ją zaraz oczyma, lecz jednocześnie poczęła drgać tamując usilnie śmiech; pan Michał również wargi przygryzał, a Drohojowska spuściła tak oczy, że aż jej długie rzęsy rzucały cień na policzki. Z początku, bywało, myślałem sobie: sen mara! Ale przecie tkwił on mi w pamięci i jakoby jestestwo całe coraz bardziej ogarniał. Znojne lato roku 1671 zastało państwa Wołodyjowskich w dziedzicznej Basinej wsi Sokole.

Ot, co mi przychodzi do głowy: jeśli pachołkowie nie pijacy, niech tu do jutra z końmi i wielkimi rzeczami zostają, a my weźmiem jeno co najpotrzebniejsze. Basia zaś siedziała na dzianecie nieporównanie ściglejszym od zwykłych, kudłatych bachmacików ordyńskich, bardzo wytrwałych w biegu, ale nie tak rączych jak konie wysokiej krwi. - Już i dobrze! - zawołał pan Nowowiejski. Myśl ta gryzła go niepomału, a że i karabon trząsł przy tym okrutnie, więc stary szlachcic wpadł w jak najgorszy humor i nie szczędził sam sobie wyrzutów. - Silentium! - rzekł Zagłoba wodząc rozmiłowanymi oczyma, a raczej rozmiłowanym okiem za Basią, którą lubił niezmiernie. Czy się zgodzi, nie wiem, ale weźmie on to pod pilną uwagę, bo potężne racje przytaczasz. Jakoż wynik miał wkrótce nastąpić. To rzekłszy pociągnął za rzemień wiszący u serca dzwonka i dwa razy uderzył, aby kogoś przywołać, bo sam nie miał prawa odejść od furty.

Każda żyłka trzęsła się w niej z żalu, ustami poczęła chwytać coraz spieszniej powietrze, na koniec, tupiąc nóżkami z uniesienia, jęła wołać tak głośno, aż rozlegało się po całym korytarzu : - Głupia Krzysia! ja bym wolała jednego pana Michała niż dziesięciu Ketlingów! Ja pana Michała kocham z całej siły... Toż gdyby nie owe zrywania się i służby, byłby się nacieszył choć parę lat swoją Anusią. Nikt nie spał w całym domu. Sam wiem, co można powiedzieć, a o czym lepiej zamilczeć.:. On sławą swego ojca mógł wzburzyć ałusy, uzbroić jedną połowę Krymu przeciw drugiej połowie, pociągnąć dzikie ordy białogrodzkie i zatrząść całą potęgą chanową, ba, nawet sułtańską! Gdyby hetman chciał korzystać z okazji, to Tuhaj-bejowego syna mógł uważać jako człowieka przez samą Opatrzność zesłanego. Szelma w nim była, ukraińska dusza!... Rozczulił się na ten widok pan Michał nad własnym losem; wstrzymywał się dotąd, jak mógł, ale w tej chwili pękły tamy żalu i łzy potokiem popłynęły mu z oczu. I jako pracowity sadownik idąc wśród drzew raz w raz odetnie lub pokruszy suchą gałęź, tak on raz w raz strącał ludzi na skrwawioną ziemię, walcząc z taką flegmą i spokojem, jak gdyby o czym innym myślał.

A ona na to: - Będzie takich jak waćpan niemało! Słodka to dla żołnierza rzecz pod takim komendantem służyć. Nic się jeszcze nie stało, nic nie zaszło, z Ketlingiem nie zamienili dotychczas dwóch słów na osobności, a choć myśl o nim ogarnęła ją całkowicie, przecie jakiś instynkt szeptał jej ustawicznie: „Strzeż się! Unikaj go!...” I unikała... - Już i w twojej głowie rady się na to nie znajdzie - odrzekł pan Andrzej. - Ów zaś zgodził się? - Ów zaś za głowę się brał i czołem mi prawie bił, a na drugi dzień do hetmana ze szczęsną nowiną poskoczył. Gdy Azja po raz pierwszy skłonność ku niej okazał, była jeszcze niemal dzieckiem, potem nie widziała go przez lat wiele i przestała o nim myśleć. Panna Jeziorkowska aż jeść przestała i wsparłszy brodę na rękach, słuchała pilnie, potrząsając co chwila czupryną, mrugając oczyma, trzaskając w palce w najciekawszych miejscach i powtarzając: - Aha! aha! No i co? no i co? Aż gdy przyszło do tego miejsca, jak dragoni Kuszla, nadbiegłszy niespodzianie w pomoc, wsiedli na kark Tatarom i jechali na nich siekąc przez pół mili, nie mogła dłużej wytrzymać panna Jeziorkowska, więc klasnąwszy z całej siły w ręce, zakrzyknęła: - Chciałabym tam być, dalipan! - Baśka! - zawołała tłuściuchna pani Makowiecka wybitnym rusińskim akcentem - toż tu między polityczny naród przyjechałaś, odzwyczajże się od swoich „dalipan"! Tego tylko, Boże wielki, braknie, żebyś zakrzyknęła: „Niech mnie kule biją!" Panienka rozśmiała się świeżym i dźwięcznym jak srebro śmiechem i nagle uderzyła się rękami po kolanach. - Dla Boga! on waćpannę gotów zabić! - krzyknął Wołodyjowski wskakując za nią. A ty, Oleńka, każ mi łuby pakować.


||||||||||||||||||||||