- Z tego małżeństwa, widzisz waćpan, rodzi się Basia

Chreptiów nie był już zbyt daleko, ale trzeba było dać wypocznienie koniom, więc zatrzymali się na dłuższy postój. - Niedoczekanie twoje! tfu! tfu! na psa urok. - Mąż mi kazał, a ja na wyjezdnym przyrzekłam mu, że go wraz usłucham. Jacek Pulikowski herbu Miesiąc Zatajony! Proszę! godny klejnot... Basia, podpuściwszy ich : a kilkadziesiąt kroków, wypaliła po dwakroć do najbliższych koni, następnie zatoczywszy koło skoczyła całym pędem w stronę Chreptiowa. - A mego nie wypijesz? - pytał żałosnym głosem Zagłoba. Robota obiecana minęła, bo ordy cicho siedzą, jeno mniejsze kupy w łąkach buszują, które też dwukrotnie podeszliśmy tak fortunnie, że ni świadek klęski nie ostał.” - O, to ich przygrzali! - zawołała z radością Basia.

Krzysia i Basia zeszły z panieńskiej izby do jadalnej komnaty. Był to czas, w którym Jan Kazimierz, król, polityk i wódz wielki, pogasiwszy pożary postronne i wywiódłszy Rzeczpospolitą jakoby z toni potopu, zrzekł się panowania. Ale przyszły znaczne mitręgi, które sprawę opóźniły i przewlokły. Nagle strach ją porwał za włosy przed zemstą groźnego męża, strach nie o siebie, ale o głowę ukochaną, na którą ta zemsta spadłaby niechybnie. ks. Piotr Pawlukiewicz A że z dawnych lat bardzo był pan Kmicic do nagłych pochodów nawykły, więc ruszywszy gnał, jakby chodziło o doścignięcie umykających z łupem Tatarów. Więc ogarniał ją niepokój, który powiększał się na myśl o prędkim wyjeździe pana Michała. - Halim, słuchaj! - szeptał Mellechowicz.

Bo onych galerników raz na brzegu nawy wedle wiosła przykuwszy, nie odkuwają już nigdy, ani na noc, ani na dzień, ani na święta - i do śmierci w łańcuchach żyć tam trzeba; a tonieli okręt in pugna navali, to owi z nim razem tonąć muszą. Pan Zagłoba dopatrzył wreszcie jednego z dworzan po polsku ubranego, więc kazał stanąć i pewien dobrego popasu, wysadził już jedną nogę z wasągu, a jednocześnie spytał: - A czyj to dwór taki foremny, że i król foremniejszego mieć nie może? - Czyjże ma być - odpowiedział dworzanin - jak nie pana naszego, księcia koniuszego litewskiego? - Kogo? - powtórzył Zagłoba. Aż razu pewnego... Boże wam błogosław!... - Tak! - odrzekła półgłosem panna Drohojowska. ks. Piotr Pawlukiewicz koniec zagonom na Ruś... Zwłóczyłem tylko, bom czekał na wieści od ord i chciałem, żeby hetman pierwszy wiedział, ale przyjechał Nowowiejski i ten mnie poznał.

Mieszkam u mego przyjaciela, kapitana Ketlinga, i zaraz cię tam zabiorę... Na ten widok załzawiły się zaraz i modre oczka czułej Zosi Boskiej, atoli Basia poczęła Ewę pocieszać: - Wszystko to się skończy dobrze, moja w tym głowa! I Michała do roboty zaprzęgnę, i pana Zagłobę. Przecie on wszystko przewidział, przecie on z góry przepowiedział: co to jest z białogłowami w „amicycję” wchodzić... - Dla Boga, co waści jest? - zawołał zdumiony gospodarz. Waldemar Łysiak - I co, effendi? - I nic. Marzyła o tym będąc jeszcze dziewczyną, i oto marzenia miały się teraz urzeczywistnić, a w dodatku przy boku kochanego człowieka i najsławniejszego w Rzeczypospolitej zagończyka, o którym mówiono, że umie nieprzyjaciela choćby spod ziemi wykopać. - Do rady, mości panowie! Do rady, do rady, a żywo! - Żywo, bo głowa gore! - mruknął pan Zagłoba.

Po chwili śpiew się rozległ: Wierzcie, rycerze, Na nic pancerze, Na nic się tarcze zdały! Przez stal, żelazo W serce się wrażą Kupida ostre strzały! - Już nie wiem, jak waćpani dziękować - mówił Zagłoba siedząc opodal z panią stolnikową i całując ją po rękach - żeś i sama przyjechała, i tak foremne dziewki ze sobą przywiozła, że Gracje same mogłyby przy nich w piecu palić. Myśl, że Ketling może już jest trupem, strachem napełniała ich serca. Krzysia chodziła jak struta przez cały dzień: była blada, zmęczona i co chwila spuszczała oczy; czasem rumieniła się tak, że kolory biły jej aż na szyję; czasem usta jej drgały jakby do płaczu; to znów była jakaś senna i omdlała. Rafał Ziemkiewicz Zrozumieli grasanci, że ten tylko wyjdzie żyw z owego skrzętu, kto się przebije, więc choć bez ładu i każdy na swoją rękę, jęli się bronić z rozpaczą i wściekłością. - Dziękuję! - szepnęła Krzysia. A panna na to: - Fiu! fiu! - Baśka! - rzekła tonem perswazji pani stolnikowa. - Póki tchu w nozdrzech moich, póki ostatnia kropla krwi w piersi - zawołał z siłą głębokiego przekonania Zagłoba - nic z tego! Żyć bym w tak pohańbionym narodzie nie chciał, który by zdrajcę i judasza swego królem w nagrodę kreował! - Głos to nie tylko rozumu, ale i obywatelskiej cnoty! - mruknął znów podkanclerzy.

Krzysia, której żałoba po ojcu była już przy końcu, miała na sobie suknię białą, przetykaną srebrem. A zacneż to, a poczciwe! Ej, mój hajduczku kochany, nie poznali się tu na tobie i niewdzięcznością cię nakarmili, ale żebym miał tak o kopę lat mniej, wiedziałbym, kto ma być z domu Zagłobina! - Ja Basi nie ujmuję! - Nie o to chodzi, żebyś jej cnót nie ujmował, jeno żebyś jej męża dodał. Pan Nowowiejski pokraśniał z zadowolenia. Siana i jęczmienie kazali już tam Bułgarom zwozić. - Już też nie mogła mnie większa potkać szczęśliwość! Powiedz mi jeno, że się nie gniewasz za wczorajszą konfidencję, abym i na sumieniu miał ulgę? Krzysia zamrużyła oczy. - Mości pułkowniku - rzekł - nieraz po to jeno ojciec dziecko przygani, by ktoś jego słowom zaprzeczył, i tak mniemam, że nie można rodzicielskiego serca bardziej udelektować, jak przyganie negując. - Panno Krystyno! - rzekł - na wszystko, coć święte...

- E! co tam! Radam, bo nasz! - Ale to sobie zauważ i zakonotuj, hajduczku - rzekł Zagłoba - iż jeśli na polu bitwy trudno o lepszego niż Ketling, tedy dla niewiast jeszcze on bardziej periculosus, które się w nim dla jego urody zapamiętale kochają! Praktyk też to i w amorach znakomity! - Powiedz to waćpan Krzysi, bo mnie amory nie w głowie - rzekła Basia i zwróciwszy się ku Drohojowskiej, poczęła wołać: - Krzysiu! Krzysiu! Chodź jeno na słowo! - Jestem - rzekła panna Drohojowska. To powiadam ci, że kiedym przy niej podczas wieczerzy siedział, tak mnie od niej piekło jak od piecyka. - Obie dziewczyny z wielkich domów i obie dostatnie, a i to coś w dzisiejszych ciężkich czasach znaczy... Widać, że i w narodzie sumienie obywatelskie i czułość na cnotę do reszty zaginęła. Jakoś mu było trochę i ciężko na duszy, i głupio. Pani stolnikowa jęła przenosić wzrok z niej na Ketlinga i z Ketlinga na nią, czego nie czyniła dawniej. Jeno że to mdłe jako dzieci, więc niechże którą krzywda jakowaś spotka, to aż ci serce z mizerykordii piszczy.

Nawet sąsiadów jego szanowano. - A widzę już: od samych wzdychań odliga będzie! Nic! tylko od wzdychań!... - Otóż to, tego byłam pewna! Szczerali tam już w Chreptiowie pustynia? Bo to tak niedaleko! - Że i szczersza być nie może. Obejmuję ja więc podnóżek drzewa świętego i też ślocham. Zawziętość przeciw sobie samemu rosła w nim z każdą chwilą. Czysta kawka, mówię ci! - Waćpan chcesz, żebym sobie poszła? - Nie pójdziesz, jak o swaty chodzi. W moich oczach kupił ją na targu wielki Tuhaj-bej, ów wróg nasz przesławny, któren chciał ją ze trzy lata przy haremie potrzymać, a później żonę swą z niej uczynić.


||||||||||||||||||||||