Krzysia spuściła głowę i po chwili dwie łezki poczęły jej płynąć po policzkach

- Mości pułkowniku - rzekł - nieraz po to jeno ojciec dziecko przygani, by ktoś jego słowom zaprzeczył, i tak mniemam, że nie można rodzicielskiego serca bardziej udelektować, jak przyganie negując. Wszystko on przecierpiał, wszystko przetrwał, wszystkim tym ciosom piersi nadstawił, które szły od zewnętrznego nieprzyjaciela; ale gdy potem wewnętrzne reformy zamierzył i zamiast pomocy od narodu, oporu tylko i niewdzięczności doznał, wówczas dobrowolnie zdjął z poświęconych skroni tę koronę, która nieznośnym ciężarem mu się stała. Pan Zagłoba wiedział doskonale, że mały rycerz miał się więcej ku Krzysi niż ku Baśce, ale właśnie dlatego postanowił Krzysię usunąć. Dzikie serce - Szukałem wszędzie! Pan Krzycki mówił, że widział ich z Ketlingiem! Pewno się bili! - Michał jest - odpowiedziała pani stolnikowa - przywiózł Ketlinga i oddał mu Krzysię! Słup soli, w który żona Lota została zamieniona, pewnie mniej osłupiałą miał minę niż w tej chwili pan Zagłoba. Krzysi dech zaparło w piersiach, bo patrząc oczom własnym nie wierzyła ani też mogła zmiarkować, czy ma przed sobą ułudę, czy rzeczywistego człowieka. - Ale co tam jeden Tatar! Waćpanowieście tysiącami ich nasiekli, i Szwedów, i Niemców, i Węgrzynów Rakoczego. Pan Michał rzucał się całą noc i nie mógł spać, bo mu niespokojne myśli przez całą noc po głowie chodziły.

Już też i dymiło się z półmisków na stole, a jak przewidywał pan Michał, wszystkiego była taka obfitość, że i na dwa razy tyle osób by starczyło. I nie dziwota! Takiego żołnierza jak pan Wołodyjowski każdy rad ugościć, a kto złapie, to trzyma. - Tak miłować - rzekł - żeby dla siebie wszystkiego chcieć, nie sztuka. Na trzeci pojechali obaj z Zagłobą do Warszawy, do Daniłowiczowskiego pałacu, aby się czegoś o terminie wyjazdu dowiedzieć, wieczorem zaś oświadczył pan Michał białogłowom, że za tydzień z pewnością rusza. kościół scjentologiczny i ślochać gotów... - Tum go czekał! Jakiż był tego małżeństwa effectus? - Synowie im pomarli... Młody ów kawaler stał się wdzięcznym w Ketlingowym dworze gościem.

Nazajutrz przybrał pan Wołodyjowski ciało w piękne suknie, a twarz w powagę, uzbroił się we wszystkie argumenta, które mu do głowy samemu przyszły, i w te, które mu pan Zagłoba poddał, i tak uzbrojony zeszedł do jadalnej izby, gdzie wszyscy zwykle zgromadzali się na śniadanie. Już teraz nie będę się dziwował, choćbym czaple pióro na twoim kołpaku, a nad tobą buńczuk zobaczył... Sami zaś Turcy powiadają, że gdyby nie Lechistan (tak oni matkę naszą nazywają), tedyby już orbis terrarum dawno panami byli. Ale zaraz się pomiarkował i rzekł: - Mój przyjacielu kochany! Małom co ci powiedział, bom głowę stracił!Począł się tedy zbierać z wolna pan Michał do wyjazdu, nie przestając jednak Basi, którą coraz więcej lubił, lekcyj dawać ani też przechadzać się sam na sam z Krzysią Drohojowską i pociechy u niej szukać. Stado było coraz bliżej. zioła - Hassling-Ketling! - Dla Boga! Twarz wydała mi się znajomą, ale strój całkiem waćpana odmienił, bom cię dawniej w kolecie rajtarskim widywał. - Ślubów jeszcze nie wykonałeś - spytał wreszcie Zagłoba - i wyjść w każdej chwili możesz? - Nie jestem jeszcze zakonnikiem, bom czekał na łaskę bożą i na to, by wszystkie ziemskie myśli boleśne opuściły duszę moją.

- Niech go nie znam, tego Mellechowicza! A ty co? - A ja bałam się krzyczeć. Byli ciągle ze sobą: klękali obok siebie w kościołach, głosy ich mieszały się w modlitwie i śpiewach pobożnych. - Wygódź sobie, zakosztuj pocałowań, a potem idź pokutować!... Ketling wstał i wyciągnąwszy gorączkowo obie ręce ku górze, odrzekł z niezwykłą sobie gwałtownością: - Co mi pomoże której z tych tam gwiazd pożądać? Ni ja do niej wzlecieć mogę, ni ona do mnie nie zejdzie! Gorze takim, którzy do srebrnej luny wzdychają! Lecz pan Zagłoba rozgniewał się także i sapać począł. John Eldredge Nazajutrz dzień była już Krzysia spokojniejsza, albowiem wśród poplątanych ścieżek i manowców wybrała sobie drogę ciężką niezmiernie, ale nie błędną. Chwilami przychodziło mu do głowy, żeby pójść, wszystko wyznać panu Zagłobie i poradzić się tego męża, którego rozum umiał każdej trudności sprostać. Tymczasem zapadła noc, a że o gospodzie nie było co i myśleć, musieli wracać do domu.

- Do tego ja waści nie namawiam, jeno to utrzymuję, że dzieci eiusdem matris kochać się powinny, a owóż zamiast tego od chmielnicczyzny, czyli od trzydziestu lat, wszystkie te kraje z krwi nie osychają. Tam siadłszy zwróciła się ku panu Zagłobie i na wpół już ze śmiechem zawołała: - Dobrze, pójdę, jeśli waćpan wleziesz tu po mnie! - A cóż to ja koczur jestem, hajduczku, żebym za tobą po dachach łaził? Tak to mi płacisz za to, że cię kocham? - I ja waćpana kocham, ale z dachu! - Dziad swoje - baba swoje! Złaź mi tu zaraz! - Nie zlazę! - Śmiech, jak mi Bóg miły, żeby do serca tak brać konfuzję! Nie tobie, łasico utrapiona, ale Kmicicowi, któren za mistrza nad mistrze uchodził, Wołodyjowski to samo uczynił - i nie na żarty, lecz w pojedynku. - Jam dla waćpana zawsze była życzliwa i chcę szczerze waćpanu dopomóc; waćpan z wielkiej krwi pochodzisz, a za twoje zasługi pewnie indygenatu ci nie odmówią, pan Nowowiejski da się ubłagać, bo on już innymi na waćpana patrzy oczyma, a Ewka... ks. Piotr Pawlukiewicz Teraz pan Sobieski kozactwu i tatarstwu znów te strony wydarł jako psu z gardła... - Czemu tak? - Bo to byłoby absolutum dominium. - Z czasem, gdyby się moje najgorętsze pragnienia spełnić miały - rzekł Ketling - może waćpana o przyjacielskie auxilium poproszę. Ale zaraz się pomiarkował i rzekł: - Mój przyjacielu kochany! Małom co ci powiedział, bom głowę stracił!Począł się tedy zbierać z wolna pan Michał do wyjazdu, nie przestając jednak Basi, którą coraz więcej lubił, lekcyj dawać ani też przechadzać się sam na sam z Krzysią Drohojowską i pociechy u niej szukać.

Pan Zagłoba był jakby ogłuszony. A Basia: - Waćpana to robota; nie trzeba ich było ku sobie popychać. Mogliby dać spokój. Więc po beresteckiej wdziałem te oto szatki duchowne, aby z większą powagą słowo i wolę bożą ogłaszać. Kto wszystko utraci, tym łatwie zemsta targnie, a ja, jak mi Bóg miły, tak cię okrutnie kochałem i nie tylko jako kawaler pannę... - Daję parol! - rzekł pan Michał. - Mnie on i od rodzonego bliższy, tym bardziej że rodzonego nigdy nie miałem.

- Wyborna, niewyborna - odrzekł Zagłoba - ale ty ich swoją drogą z oczu nie spuszczaj. - A gdzie ciotula? - spytała Drohojowska starając się wydobyć ze swej falującej piersi spokojny i naturalny głos. Cicho uczyniło się w komnacie, tylko zegar tykał poważnie. Wyjeżdżali zwykle z rana, a odwoził ją pan Zagłoba nieraz późnym dopiero wieczorem. - A niedobry, niedobry dla mnie pan Michał; dla Basi lepszy niż dla mnie? - Ja niedobry? ja dla Basi lepszy? - pytał ze zdumieniem rycerz. Czerwone światło poczęło znów błyskać w oczach Azji, ale trwało to tylko przez jedno mgnienie oka. Dziwna rzecz, wczoraj radował mnie ten widok, dziś zgroza mię chwyciła, zwłaszcza na widok głowy jednego pacholęcia lat może siedmnastu, które nad miarę było piękne.

- Boże! Boże! - mówił wpadłszy w zły humor i rozglądając się po Krakowskim Przedmieściu, które właśnie przejeżdżał - oto Bernardyni, a oto ruina pałacu Kazanowskich! Niewdzięczne miasto! Własną krwią i trudem musiałem je nieprzyjacielowi wydzierać, a teraz mi kąta dla siwej głowy żałuje. A cóż! wszystko, widać, w takim narodzie możliwe. Trębacze zagrali po chorągwiach, dobosze uderzyli w kotły i z wielkim gwarem wjechali wszyscy do Chreptiowa. Niech jeno hetmanem zostanę; poigram z nimi. Sprawy moje wymagają, abym się tam udał koniecznie, może na długo... Odźwierny spał w jednym krześle, a pan Zagłoba w drugim. Zagłoba spojrzał na niego uważniej.


||||||||||||||||||||||