Był jednak żołnierzysko rad, że ma jeszcze przed sobą tydzień lub dwa, bo miłą mu była ta przyjaźń i ta pociecha, którą mu Krzysia Drohojowska niosła

- Módlmy się o boskie miłosierdzie! -zawołała nagle Krzysia obsuwając się na kolana. - Jakem się później dowiedział - odrzekł pan Nienaszyniec - na moich zbójów inna kupa zbójów napadła, która ich w pień wycięła. - Tom, widzę, branka w jasyr wzięta! - rzekła. sataniści lepiej niż Krzysię!... A tymczasem pan Michał pomagał zsiadać pannom. Pan Snitko...

Zrozumieli, że nie ma dla nich ratunku, że nie ujdzie nikt nie tylko z łupami, lecz nawet z życiem. Jeśli zaś wasza książęca mość mówisz o rachunkach z panem Kmicicem, moim przyjacielem, tedy radziłbym z serca tej arytmetyki poniechać. Poszedł z nimi pan Zagłoba, pan Muszalski i dwudziestu Linkhauzowych dragonów z wachmistrzem, samych Mazurów, ludzi na schwał, za których szabliskami była wdzięczna komendantowa równie jak w małżeńskiej komnacie bezpieczna. pamiętaj! Ketling chciał coś przemówić, ale że cierpiał nad miarę, więc tylko jakieś niewyraźne dźwięki podobne do jęczenia wyszły z jego ust; następnie dotknął palcami Krzysinych skroni i trzymał je tak czas jakiś na znak, że jej przebacza i że ją błogosławi. opalanie Ale jeśli Ketlinga nie pomszczę, niech tu nigdy nie wrócę... Było to pod wieczór.

Panu memu było na przezwisko Sałma-bej. Zaraz do niej idę. - Pytaj pani! - odpowiedział Ketling. Gdyby to jeszcze ten pan Wołodyjowski był przyszedł na końcu bajki, przecie byłby pożądany. innej ci życzyłem, ale widząc twoją boleść, boleję razem z tobą i razem z tobą będę Boga prosił, by cię pocieszył i serce tej nieużytej panny ku tobie znowu nakłonił. Urzekająca Oleńka przybladła trochę i opuściła się ciężko na ławkę; myślał Kmicic, że omdleje, ale żal wziął w niej górę nad nagłością wieści i płakać poczęła, a obaj rycerze zawtórowali jej zaraz.

- To nie abominacja, jeno mam do zakonu wolę - odrzekła Krzysia. Chreptiów nie był już zbyt daleko, ale trzeba było dać wypocznienie koniom, więc zatrzymali się na dłuższy postój. Ale inni brańcy mówili panu Piotrowiczowi, że to nieprawda i że Murza umyślnie jeno tak mówi, żeby się mógł dłużej nad tatusiem znęcać, bo on ze wszystkich Tatarów dla jeńców najokrutniejszy. One także były zdziwione i widokiem pana komendanta, i pani komendantowej. sekty Szkoda, że w takiego żołnierza jakoby piorun uderzył. Skrzetuski radził mu w nic się nie wdawać, obawiał się bowiem, że w przeciwnym razie snadnie wielkie niesnaski między przyjaciółmi wyniknąć mogą.

Mam też bandolecik, który zawsze ze sobą wożę, a Baśka dwie krócice. Jadę, bo muszę; nie spytam, bo nie mam o co. Lecz ona upierała się z nim jechać. przeziębienie - Wiedziałem to dawno, że godny z waści kawaler - rzekł Kmicic. Powiedziałeś tylko waszmość pan, iż mu wilkiem z oczu patrzy. Daj, Ketling, pyska...

Tak upłynął dzień drugi. - Waćpanny znają Warszawę? - spytał pochyliwszy się do panny Drohojowskiej i podnosząc głos, aby turkot karabonu zagłuszyć. Przez chwilę wąsikami tylko ruszał chcąc owym ruchem konfuzję pokryć; nareszcie rzekł: - Co waćpan mówisz! W żadną ja stronę nie skręcam, jeno gdyś fantazję Basi, istotnie kawalerską, wspomniał, zaraz mi po prostu przyszła na myśl Krzysia, w której bardziej białogłowska natura obrała sobie rezydencję. - Prawda, wielka prawda! Ej, żebym tylko mógł... Przyprowadzono drugiego, ten to samo: „Przez tego Chrystusa miłosiernego pomiłuj!” A ja znów: „Po szyi go!” To samo z trzecim, czwartym, piątym; było ich czternastu, a każdy mię przez Chrystusa zaklinał... Miłuję cię więcej niż zdrowie, miłuję cię nad wszelkie dobro ziemskie, miłuję cię duszą, miłuję cię sercem i tu, wobec tego ołtarza, miłość ci moją wyznawam!...

- A mego nie wypijesz? - pytał żałosnym głosem Zagłoba. Ale pan Makowiecki czekał jeszcze wieści od Zagłoby. O dla Boga!... - Dla Boga! co ja widzę! - rzekł. Usłyszawszy to dwaj rycerze poczęli brać w objęcia pana Zagłobę, a on się rozczulił nieco i nad pana Michała nieszczęściem, i nad własnymi przyszłymi fatygami. Bo że ty sobie pochlebiasz, iż tak dobrze zamiary Opatrzności odgadujesz, to może być grzech, za który poprażyć się jakowyś czas musisz, jako groch na gorącym trzonie.

Mówił żołnierzysko: „nic!”, a przecie aż zęby ścisnął i syczeć począł, a z drugiego końca izby ozwało się wycie Basi. Z kątów ruszyli się ku niemu i inni oficerowie mówiąc: - Tośmy się na tobie nie poznali, ale nie umknie ci dziś ręki, kto cnotę kocha. - Jednemu Bóg przysporzył szczęścia - odrzekł Charłamp - a drugiemu umknął. Nam dobrze, niech i im będzie dobrze! - Jak Nowowiejski wyjedzie, będzie im lepiej- rzekł mały rycerz - bo przy nim nijak byłoby się im widywać, zwłaszcza że Azja starego nienawidzi. - Pójdę i do Chrapowickiego, choć to ciepła woda, co ze szkodą jest, bo od niego, jako od przyszłego marszałka, siła zależy. I znów nastało milczenie.


||||||||||||||||||||||