Tu pan Wołodyjowski przyłożył palec do czoła i powtórzył ów argument, który mu już raz wobec Krzysi posłużył: - Bo widzicie, waćpaństwo, jeślim ja przez tyle lat szczęście odkładał, byle Rzeczypospolitej służyć, jakimże czołem nie wyrzekłbym się tej pociechy, którą w kompanii waćpaństwa znajduję? Na to nikt nic nie odpowiedział; jedna tylko Basia przyszła namurmuszona, z buzią wysuniętą naprzód jak rozdąsane dziecko i rzekła: - Szkoda pana Michała! A Wołodyjowski roześmiał się wesoło
Niemniej oboje gospodarstwo przyjęli gości z otwartymi ramionami; Basia ucałowała serdecznie jeszcze przed prezentacją wszystkie trzy niewiasty, potem zaś gdy powiedziały jej, kto są i skąd jadą, rzekła: - Rada bym nieba przychylić waćpani i waćpannom! Okrutniem wam rada! Dobrze, że jakowa przygoda nie spotkała was w drodze, bo o to w naszej pustyni nietrudno, ale właśnie dziś do szczętuśmy grasantów wygnietli. - Waćpan go widział w ogniu? - Tysiąc razy! Będzie ci stał ani się zmarszczy; konia czasem po karku poklepie i o afektach gotów gadać. - Teraz już nie w Rzeczypospolitej, bo tamte strony odpadły. Dzikie serce Ale ona za nim świata nie widziała. Wracali w strapieniu, Basia popłakiwała trochę, pobożny stolnik odmawiał pacierze, Zagłoba naprawdę był niespokojny. Co by to powiedział król, co kanclerz, a stany? a wszystka szlachta, po większej części panu hetmanowi teraz nieżyczliwa.
- Zobaczymy! - powtórzyła Basia. Dziwniejszym nawet mogłoby się zdawać, gdyby miało być inaczej. - I u sułtana zostaną? - Nie. Przygoda nie grozi mu żadna, bo naprzód, zima blisko i nie pora na czambuły, a po wtóre, jedzie z nim Nawiragh, delegat patriarchy uzmiadzińskiego, i dwóch Anardratów z Kaffy, którzy glejty od młodego chana mają. Dzikie serce Mówiąc to starał się mówić niedbale i wesoło. Z początku, bywało, myślałem sobie: sen mara! Ale przecie tkwił on mi w pamięci i jakoby jestestwo całe coraz bardziej ogarniał.
Pan hetman dobrze o tym wie i panu Boguszowi, a także i panu Myśliszewskiemu polecił na powrót ich pod chorągwie Rzeczypospolitej spraktykować, pan Bogusz zaś mnie do tego użył i porozumiewać mi się z Kryczyńskim rozkazał. Na tę odpowiedź i jego z kolei chwyciło uniesienie, przycisnął usta do jej różanych dziewiczych ustek i znów tak trwali. To rzekłszy zeskoczył z konia, a za nim Basia, pan Muszalski i kilku innych. Ha! nie dziwota! Sam młodym będąc z lutnią na mrozie pod oknem pewnej czarnuszki stawałem (do Drohojowskiej była podobna) i pamiętam, jakom śpiewał: Tam waćpanna śpisz po trudzie, A ja tu brząkam na dudzie. - Tyle Angielczykowie na naszą elekcję zważają, ile na twój przyjazd- odparł Zagłoba. ks. Piotr Pawlukiewicz W dzień znój niewypowiedziany.
Sto, czasem mniej ludzi zostawało na załodze w Chreptiowie, reszta była w ustawicznych rozjazdach. Ale czyń, jak chcesz. Modliłem się, ale nadzieja w sercu jakoby ją wiatr zwiał... Zaczerwieniła się też okrutnie i sama nie wiedząc, co czynić, powstała z krzesła. Waldemar Łysiak Skrzetuski jest realista, ale też i moim dowcipem za psami nikt nie ciskał. Już nie więcej jak pół staja dzieli ich od chaszczów, już widać wyciągnięte łby końskie z potulonymi uszami, a nad nimi twarze tatarskie jakby przyrosłe do grzywy.
- Widzę dymy, ale nie widzę ni ludzi, ni koni - odrzekła z bijącym sercem Basia. Na to Zagłoba: - Bogdaj się był Michał w tobie zakochał, nie byłoby tego wszystkiego... Wypłakawszy przy nim resztę łez ruszył dalej, a pod wpływem świeżych wspomnień przychodziło mu do głowy, że jednak te tajemnicze zrękowiny z Krzysią były za wczesne. John Eldredge - Na koniec dostrzegłszy już przy domu słup ze szczeblami, a na nim drabinę, skoczyła na nią jak wiewiórka i oparła się dopiero na skraju dachu. Tych tratowały kopyta, a czasem żołnierz odwrócił się i sztychem z góry zbiega przeszywał; niektórzy padali na ziemię w tej nadziei, że gdy chorągwie posuną się ku środkowi, wówczas zostawszy na zewnątrz koła będą mogli ratować się ucieczką. Mgły barwiste i mieniące się jak tęcza zrzedły i rycerz ukazał się wprawdzie, rycerz nawet wcale niepospolity, za pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej głoszony, kawaler wielki, ale do „onego” niezbyt, a nawet wcale niepodobny.
Na Wołodyjowskiego był zły, na Krzysię także; wolałby wprawdzie, żeby pan Michał ożenił się z Krzysią niż z nikim, ale postanowił uczynić wszystko, żeby się ożenił z hajduczkiem. Oba brzegi takoż... W jednej ostoi, już na ziemi greckiej, widzieliśmy z pokładu one sławne ruinas świątyń, które jeszcze Graeci starożytni wznieśli... Ale co się miało stać, to się już stało, bo w nieszczęściu prędka rezolucja. - Co acaństwo o tym liście mówicie? - Zdrada jawna; tu nie ma nad czym deliberować - rzekł pan Muszalski. Po śniadaniu fechtował się z Basią i zauważył, zapewne po raz pierwszy, że aż oczy rwała, tak była ładna ze swymi rozdętymi chrapkami i zdyszaną piersią.