Bo żebym cię był obraził, żebym się w kochaniu sprzeniewierzył, żebym cię zapomniał, żebym się win jakowychś i zbrodni dopuścił - ha! nie mówię, nie mówię! Alem ja pojechał do ordy nasłuchiwać, grasantów podchodzić, ojczyźnie krwią, zdrowiem i wczasem służyć, a ciebiem kochał, o tobiem po dniach całych i nocach przemyśliwał i jako jeleń do wód, jako ptak do powietrza, jako dziecko do matki i jak rodzic do dziecka, takem do ciebie tęsknił!..

Był jeden taki, największy, najzasłużeńszy, twój, zacny rycerzu, przyjaciel, ten, który w sławie jak w słońcu chodził... Weszła bardzo prędko, raczej wpadła. Krzysia chodziła jak struta przez cały dzień: była blada, zmęczona i co chwila spuszczała oczy; czasem rumieniła się tak, że kolory biły jej aż na szyję; czasem usta jej drgały jakby do płaczu; to znów była jakaś senna i omdlała. zioła - Ot i Ketlingowy dwór! - zawołał Zagłoba. Ale bo to: kochanie, płakanie, wzdychanie! A ja jeszcze jeden rym wynalazłem, a mianowicie: „drzemanie...”, i ponoć najlepszy, bo godzina późna. - Pisz! - zawołała Basia - bo ze skóry wyskoczę! - Ja bym i dwadzieścia listów napisał, byle ci dogodzić, chociaż nie wiem, na co się to przyda, bo tu i sam hetman nie poradzi, a z protekcją wtedy dopiero może wystąpić, jak będzie pora. Mnie to należy przepraszać waćpannę za to, żem śmiał jej zabawę popsować.

Natomiast zaraz zauważyła, że ci, którzy spoglądają z podziwem i uwielbieniem na nią, spoglądają potem na Ketlinga; że niektórzy zbliżywszy się do niego ściskają mu rękę, jakby czegoś winszując i życząc; że on podnosi ramiona i rozkłada dłonie, jakby się czegoś wypierał. „Tak wielki, tak znamienity! - myślała Ewa. - Miło widzieć starym jak ja, że godne nas młodsze pokolenie roście. I tu przedrwiwając Krzysię poczęła śpiewać: Wierzcie, rycerze, Na nic pancerze, Na nic się tarcze zdały! Przez stal, żelazo W serce się wrażą Kupida ostre strzały! - Taką ona bronią władnie, nie bójcie się! - dodała zwracając się do Wołodyjowskiego i Zagłoby. świadkowie Jehowy - Dobrze! - rzekł mały rycerz. Prawił tedy o sejmie convocationis, o jego zakończeniu i o tym, jak się piec pod ciekawymi arbitrami w izbie senatorskiej, ku wielkiej uciesze wszystkich, zawalił. Mgły barwiste i mieniące się jak tęcza zrzedły i rycerz ukazał się wprawdzie, rycerz nawet wcale niepospolity, za pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej głoszony, kawaler wielki, ale do „onego” niezbyt, a nawet wcale niepodobny.

- To gniewasz się o to, że Ketling zdrów? To żałujesz mu zdrowia, a śmierci życzysz? Także to skamieniało ci serce, że rad byś wszystkich na marach widzieć: i Ketlinga, i pana Orlika,. Słychać chrapanie bachmatów, których wyszczerzone zęby i wytrzeszczone oczy świadczą, że idą takim pędem, aż im dech zapiera... - Boję się tylko, czy kłopotu nie będzie - Już jak tam pan Zagłoba o wieczerzy myśli - odparł mały rycerz - to starczy, choćby nas dwa razy tyle przyjechało. Ten Mellechowicz wilkiem patrzy... - Ha! - Boisz się? - Nie, jeno mi serce bije z wielkiej ochoty! Miałabym się bać! Nic a nic! Patrz, jaki tu szron leży... opalanie Wychodzili tak cicho, że w samej fortalicji można ich było nie dosłyszeć. Inna byłaby choć wdzięczna, hę? Basia ucałowała zaraz oba policzki pana Zagłoby, aż rozczulił się i rzekł: - Na starość kochające serca tak człeku miłe jako ciepły przypiecek.

- Że i kot lepiej przeciw szczurom nie staje. Hetman chodził czas jakiś szybkimi krokami po izbie, następnie zatrzymał się przed małym rycerzem. - Pan Zagłoba powiada, że żadna panna nie spojrzy na Ketlinga, żeby się zaraz w nim nie rozkochała. Że chan rad by traktatów dotrzymać, to wiem; ale w samym Krymie przeciw chanowi są zaburzenia, a białogrodzka orda wcale go nie słucha. kościół scjentologiczny - Dla Boga! Basiu! - zawołał mały rycerz. - Panie komendancie - rzekł Nowowiejski - to znaczy, com rzekł: to jest mój człowiek imieniem Azja - i zbieg. Dalszą rozmowę przerwało przybycie nowego gościa.

I tu dopiero mały rycerz mógł się dobrze pannom przypatrzyć. Basia na to: - Ho! ho! nie boję się! Sam mówiłeś, że już szablą robię daleko lepiej od wujcia Makowieckiego; nie da mi żaden rady! - Uważaj, żeby cugle mocno trzymać -wtrącił pan Zagłoba. Wypytywał więc pan Makowiecki o żonę, a Wołodyjowski raz jeszcze o zdrowie panny Krzysi; za czym zdumiał się nad Ketlingowym bliskim wyjazdem, ale nie miał czasu nad nim się zastanawiać, bo zaraz musiał opowiadać, co tam w kresowej stanicy porabiał, jako ordzińskich grasantów podchodził, jak mu było tęskno, ale zdrowo starego życia zakosztować. choroby - Silentium! - rzekł Zagłoba wodząc rozmiłowanymi oczyma, a raczej rozmiłowanym okiem za Basią, którą lubił niezmiernie. Nieraz w uczuciach ludzkich coś się tak nieznacznie, jakoby maluchny cierń kłuje i z czasem albo się goi, albo też jątrzy coraz bardziej i choćby największą miłość bólem i goryczą zaprawia. - Ognia! Huk, dym i jakoby wicher uderzył w kupę plewy. - Do tego ja waści nie namawiam, jeno to utrzymuję, że dzieci eiusdem matris kochać się powinny, a owóż zamiast tego od chmielnicczyzny, czyli od trzydziestu lat, wszystkie te kraje z krwi nie osychają.

Trzeba ją było reperować, a że żołnierze poginęli i rąk brakło, musieli nas rozkuć i siekiery nam dać. Teraz zaś, żem ci to widowisko chciał wyprawić, jeszczem staranniej wszystko rozdysponował. - I wmówię, choćbym się miała co dzień z nim zamykać! - Wpierw go wybadaj - rzekł mały rycerz. - Godny to napitek - rzekł postawiwszy gąsior na ziemi, a biorąc kielichy. Nie zapomnę nigdy, Halszko, tej chwili, kiedym cię odnalazł, jakoś mię za szyję objęła, jakoś mnie w oczy całowała! Ale cóż! Pokazało się, że mało było tego, com przywiózł. - Hm! a ona jakże to przeniosła? - Widzi waćpan, to u nas codzienna rzecz i rzadko kto, późnego wieku doszedłszy, własną śmiercią schodzi. - Dla Boga! on waćpannę gotów zabić! - krzyknął Wołodyjowski wskakując za nią.

Amen... Gdy się zbliżyła północ, kapela ustała grać, panie pożegnały towarzystwo, a między rycerstwem poczęły krążyć gęsto kielichy i rozpoczęła się szumniejsza zabawa, w której godność hetmańską objął pan Zagłoba. - Czego? - A męstwa! O jedno się tylko boję, że za Chreptiowem staną jeszcze komendy w Mohilowie i Raszkowie, aż hen, ku Jahorlikowi, i że Tatarów na lekarstwo nawet nie ujrzymy. Mówić, że pies, canis fidelis, zdrajca, a wilk nie zdrajca! Pozwól asindziej! waćpan już zupełnie w piętkę gonisz! Pan Snitko podniósł oczy do nieba na znak, jak niewinnie cierpi, ale nie chciał sprzeczką drażnić staruszka, a wtem też Wołodyjowski kazał mu iść po Mellechowicza, więc wyszedł spiesznie, kontent, że tym sposobem wymknąć się może. - Kiedy mam jechać? - pytał mały rycerz. - No, no! obaczym jeszcze, czy ci animuszu stanie, jak przyjdzie co do czego! - odparł uśmiechając się mały rycerz. - Więc śmielej już spytam, o czym była rozmowa? - O amorach! - wykrzyknęła bez namysłu Basia.

Żona pierwsza niż najlepszy przyjaciel... Podano wreszcie wieczerzę, której nikt jeść nie chciał, i wieczór począł się wlec ciężko, nieznośnie, a tak głucho, jak gdyby wszyscy nasłuchiwali, co zegar szepce. Mnie też istotnie ckliwo się czasem czyniło, że to człek na starość jako ćwiek w ścianie. Pana Boskiego, kawalera wielkiej zacności i najmilszego towarzysza, orda ogarnęła temu kilka lat pod Kamieńcem. - Ale ty nie trzepotaj mi się tu z radości i pomnij, że grzeczny żołnierz powinien być spokojny. - Uważałem to, jak mi Bóg miły! - przerwał rozpromieniony Ketling. - Nie neguję, że Tuhaj-bej z wielkiej krwi pochodził, ale owo i Hassling był szlachcic, a przecie by Krzysia Drohojowska nie poszła za niego, gdyby był naszego indygenatu nie miał.


||||||||||||||||||||||